prev next

giphygif


 Szwedzki dublet......


Od dłuższego czasu nie uzupełniam Guciowego pamiętnika, bo nic godnego opisu się nie zdarza. Kolejne prace to takie jakby na potrzeby statystyk - św. Hubert nam fundował. Ot taka stuprocentowa skuteczność dochodzenia postrzałków od 150 do 400 m.


Ale !!!.
Nie omieszkam ogłosić, że ustanowiliśmy z Guciem jednego dnia nowy rekord; pięciu podniesionych - ale właśnie w tym stylu, co powyżej -  postrzałków.

 

Gdy nas zaproszono na kolejną komercję to  zacząłem podejrzewać, że to efekt Szwedzkich Kolubryn rodem spod Częstochowy w kalibrze 9 mm. Jednak   uczciwie dopowiem -  ta skandynawska komercja odpowiedzialnie i celnie strzela.


Po miocie pocieszenia takim już przy świeczce Szwed dialektem przypominającym piłowanie drewna gorączkowo coś tłumaczowi - opowiada.
Usłyszałem w przekładzie od tłumacza taką opowieść.
Strzelał do grubego dzika idącego z watahom ze zwyżki na sztych na niespełna 20 m.


Dzik ponoć roluje jak zając rozpędem wpada do głębokiego i szerokiego kanału.
A w nim jak oszalały pisze testament. Po chwili jednak wyskakuje niosąc na grzbiecie furę zielska i błota. Jak z kolumbryny  wystrzelony uderza w jedną z nóg zwyżki a strzelec o mało nie spada?. Szwed mu jednak zdąża poprawić wtedy dzik robi młynka na zadzie. Dzik zawraca i tym razem miedzy podpory zwyżki szarżuje. Miażdży jednym uderzeniem drabinkę. Skręca tuż przed kanałem i uchodzi
w żarnowce. Staje nieopodal niewidoczny dla strzelca głośno fu-czy i trzaska zębami. Po dłuższej chwili wszystko się ucisza strzelec nie idzie nawet
w to miejsce sprawdzić. Po sygnale koniec pędzenia pędem udaje się na wyznaczane miejsce zbiórki.


W tym przekładzie tłumacza to opowieść godna baśni Andersena i zasługuje na literacka nagrodę Nobla. Prowadzący zachęca jedziecie sprawdzić.
Ani mi się śni jest już całkiem ciemno, już swoje frycowe kiedyś zapłaciłem dochodząc postrzałka dzicz ego nocą.


Nazajutrz bladym świtem jesteśmy na miejscu, mglisto, zimno, mokro. Parkuje od zwyżki jakieś 100 m. Zakładamy nawigacje - uruchamiamy, przygotowana  obroża, otok tropowy sztucer z futerału ładujemy. Gustaw luzem, bo po nocy i jeździe kilku kilometrowej w jeepe -  intymności bez otokowa jest niezbędna.


Ruszamy nad kanał do zwyżki. Okazuje się, że za wyjątkiem obcierek z błota na podporach, drabina cała i na pierwszy rzut oka jedno wielkie wygarniecie błotnego plątawiska z kanału zapisane na suchych trawach. Gustaw podbiega do zwyżki obwąchuje a następnie wielkim susem przeskakuje kanał. Skacze w jedną i druga stronę staje nad kanałem wpatruje się w jego dno i dwa trzy razy daje głos. I co i ja widzę? Tuż przy brzegu widzę wystające dwa biegi.


No to wyobraźnia Szweda zadziałała. Wracamy do jeepa lina hak i mamy go na skarpie kanału. Lodowata woda doskonale zakonserwowała i wystudziła prawie stu kilowego dzicz ego kukurydzianego młodzieniaszka.

ee0d7965accd98b3jpg

Polują dzisiaj na inny obwodzie niech sobie go zabiorą sam nie wtargam go do jeepa. Jedziemy na nie opolowywany obwód. Po kilku kilometrach tak sobie rozmyślam. W czasie patroszenia odkrywam, że kula naruszyła puszkę czerepu i wyszła za łopatką. Coś mi się tu nie zgadza strzelał do dzika z watahy i po takim strzale w czerep wyskoczył szarżował, czy przypadkiem nie strzelał do dwóch różnych dzików – wracamy.


Procedura podobna -  troczę jednak Gustawa do zwyżki obchodzę wkoło szukając potwierdzenia opowieści strzelca. Jest wyraźna ścieżka błotna uchodzącej watahy i jest pętelka odbijającego tropu i co istotne jest i farba na trawach. Ale tak jak strzelec relacjonował to trop powrotny do zwyżki i to  z farbą -  odbija w żarnowce no to pora zaszczepić nowym odwiatrem Gustawa. Na dwa trzy razy ruszamy przyspawał.


Wpierw zero farby i takim interwałem albo prawie ''sika'' albo 100 200 m bez potwierdzenia. Teren idealny do marszruty zaraz za żarnowców skręcił w jagodziany wysokiego lasu. Farba taka '' nijaka '' raz wątroba z gruzełkami, bo czarna innym razem jasna jakby z płuc i spieniona. Z nawigacji to mamy już trzeci kilometr - przekraczamy drogę główną asfaltową. Zaraz po drugiej stronie odkrywamy spory kawałek kości i to z zębem – szczęka.


To najgorszy scenariusz taki postrzał w szczękę. Dzik ani razu nie zrobił łoża dopiero za drogą po kolejnych 400 m kufa Gucia, co trochę w górę. Widok na sto metrów czysto teren bez podszycia. Na końcu widoczności '' leśnej'' jakby z po ziemi - umyka nam dzik. Gustawa w gon. Do granicy słyszalności szczeku kilometraż na wyświetlaczach nawigacji przyrasta gwałtownie.


Następnie tylko przełącznik ''map i dog '' kolejno uruchamiany informuje, że dzik staje lub porusza się bardzo wolno. Ruszam w tym kierunku, jednak po dłuższej chwili odkrywam z opcji map na wyświetlaczu, że dzik zawrócił i ciągnie ''ku mnie'' prawie własnym tropem powrotnym.


Są kolejne długie stanowienia - po intensywnym marszu słyszę w końcu oszczek Gustawa. Jest jakieś 200 m ode mnie wiatr mam niedobry okrążam miejsce stanowienia staram się teraz podejść. Luneta biegowa to idealny wynalazek kolimator nie pozwala na precyzyjny dalszy strzał.

5753_Kopia 51-DZIK-CKjpg

Jest jak na strzelnicy nawet na podwyższeniu terenu. Siedzi na zadzie i wykonuje metrowe skoki do Gustawa każdorazowo kończąc szarżę ryjąc gwizdem w ściółce. Idealna podpórka kropka na komorze jedynie dostrzec ten moment, że Gustawa mam w lunecie wyraźnie z boku. Nie zaryzykuję. Gustaw stanowi nazbyt krótko a i ''zadek'' kilka razy już dzikowi potarmosił. Jeszcze parę metrów podchodzę i ten ''wsiekały dzik'' mnie dostrzega.


Ze zwisającą dolną szczęką wykonuje w moim kierunku ostatnią szarżę swojego żywot. Dosłownie z przyłożenie strzał łaski kończy naszą przygodę. Dzik około siedemdziesięciu kilo strzelany od tyłu  dostał w szczękę  kula jeszcze utrąciła mu powyżej kolana lewy przedni  bieg.


Gustaw w tym sezonie zaliczył najdłuższy gon, bo 5860 m a na otoku za tym dzikiem tropił 2740 m. Cała akcja '' dublet-owo dziczą'' zajęła nam ponad
7 godzin.


Klasyczną jelenią pętelkę. 


To z tych prac teoretycznie prostych ale !!! , opiszę . Polowanie wysiadkowe mróz około 20 stopni . Kolega strzela z chmary do wykładanego byka . Po strzale wierzgną tylnymi badylami ponoć sprawdzał ponad 400 m . Czysto tym bardziej że na sporej sypkiej pokrywie śniegu wszystko widać jak na dłoni . Nie stwierdził nawet kropli farby czy ścinki na zestrzale , na tych już wspomnianych 400 m .


Byk podążał w środku chmary nie zdradzając objawów trafienia . Po zakończonym polowaniu jednak coś go tknęło i zdał mi relację z owego zdarzenia . Następnego dnia skoro świt postanawiam sprawdzić . Mróz zelżał i jest około 15 stopni Praca od prawdopodobnego zestrzału .


Chmara podąża przerośniętą tawułom powyżej pasa . Gustaw gdzieś dołem pewnie prowadzi wyraźnie zapisanym śladem chmary . Po ponad godzinie mozolnego przebijania się w tym plątawisku z GPS jest już ponad 1000 m to jednak znaków postrzału nie stwierdzam .


Na 1200 m jakby piorunem rażone chmara rozpierzcha się dosłownie w cztery strony . No to teraz mam już serdecznie dość oby wyrwać się z tych bagien gdzieś gdzie jest najbliżej do drogi . Zwalniam Gustawa z otoku niech sam jeszcze sprawdzi .

teaserbox_2475355718jpg

Gustaw robi gwiazdę i sprawdza kolejne odejścia tak po 50 m . Jedynie jego buszowanie identyfikuje po spadającej okiści z wierzchołków tawuły . Kolejny raz wraca do mnie i na kolejne odejście jeleni się zapuszcza . Po kilku próbach widzę na GPS odjeżdża mi na ponad 600 m i zatacza okrąg w moim kierunku . Jeszcze kilka zwrotów na wyświetlaczu germina i miarowy szczek .


Całe szczęście że to w kierunku drogi głosi bo w środek tych bagien nie miałbym już siły się przebijać . Teraz tylko pozostało Gucia wy miziać  - byk jak malowany zgasły -  przyjął na bardzo wysoką spóźnioną komorę  .


W oczekiwaniu na kolegów by go wytargać do drogi  - sprawdzam jeszcze parędziesiąt metrów do tył skąd przyszedł . Na odcinku niespełna 100 m wstecz  odkrywam dwa kolejne łoza z farbą . No i  zrobił na samej końcówce -   klasyczną jelenią pętelkę .  


Wlot i wylot jak otworki po ołówku.

Klasyka; ‘‘ jedna Pani Drugiej Pani coś gdzieś tam nadała i sobie przypomniała
Strzelec wiekowy i na zwyżce nad kukurydzą całą noc przesiedział. Nad ranem strzelał do dzika, który mu się uchylił na skraj kukurydzy.


Gdy wnuk jego - terenowcem po dzika zmierzał jadąc jej skrajem wycisną chmarę łan z towarzyszącym im bykiem. Senior jak zeznaje już schodził ze zwyżki.Strzał do byka oddał z wolnej ręki na około 100m. Byk zrobił w pełnym biegiem woltę po polu i wpadł do kukurydzy, łanie uszły w las.

teaserbox_2475423508jpg

Byk na samy zestrzale pozostawił sporo farby, ale już na polu przed kukurydzą farba zanikła. Popracowali bez psa 2 gadziny i nemrodowi się czknęło, że będąc na polowaniu komercyjnym był tam taki sobie posokowiec o imieniu Gucio. Podzwonili po uczestnikach komercjalności i jeden z jego kolegów miał namiary na nas.


Na zestrzał Gustaw  pierwszym rządkiem jej skrajem około 100 m. Na samy jej końcu odkrywam pierwsze potwierdzenie jest farba pojedyncze krople  jakby między badylami.I tak w szczerych polach  przez 1780 m


Spora remiza śródpolna raczej dół gdzie wywożono śmieci. Gustaw nagle szczeka  a ja już widzę między pokrzywami jedną tykę. Bardzo niska komora przy patroszeniu  byka, delikatnie same końcówki płuc naruszone. Strzał za przedni badyl nie uszkadzając mostka, na wylot. Pewnie 30-06 nie zdążył się rozłożyć , bo wlot i wylot jak otworki po ołówku.


Sobota rano spać nie możesz.


Sobota rano – w zamiarach dnia poprzedniego - to miał być wyjazd na świt. Ciemno - szybko do łazienki ząbki i niedbały tusz. Wszystko przygotowane wiążę drugiego buta spoglądam w okno, co jest. Lampa po drugiej stronie ulicy świeci, ale coś nie tak do parapetu a tam mgła że płotu mego domostwa nie widać. Spoglądam w stronę kojca a kojca dla oka brak.


Jednak światła w domu i jakiś tam ruchy spowodowały pobudkę Gustawa  - szczekną dwa razy. Po Gustawa pogadać, z kim będzie, bo chęci na sen żadne. Na dole  - bo sypialnie są u góry rozkładamy się wygodnie na wersalce po pieszczę się z Guciem  i może oko jeszcze zamkniemy.


Przez uchylone okno dobiega nas odgłosy rykowiska. Mieszkam w samym centrum łowiska na uboczu to i byki mogę oglądać z tarasu. Nie daje mi to spokoju idę po tubę. Siadamy z Gutkiem na tarasie – mała kawka i mało przyjemnie - bo mgła klei się do ciała.


Gdzieś niespełna 100 m  z płotem porykuje młodzian. Nad rzeką jeszcze jeden a w głębi lasu koncert trwa. To my sobie na swojską nutę i po chwili małolat majaczy nam na łące, mgła wyraźnie przysiada może jednak na uroczysku jej nie mam. Jak nie ruszyliśmy się na uroczysko to urocza małżonka na moje porykiwanie ruszyła  na tarasie.  Też mało uroczo skomentowała moje wyczyny. Pora się ewakuować, bo się zrobiło gorąco.

 

Sobota rano spać nie możesz.

Wstajesz kapcie włożysz.

Potem się golisz tylko dla niej.

I do łóżka śniadanie. 

Jazda prawie po omacku na krawędź drogi - orientacja. Siadamy na ambonę niską tak, że Gustawa można na nią wsadzić z drugiego szczebla. Mamy tu wypatrzonego byka już od sierpnia nie bratał się w chmar ki osobnicze. Przechodzi zwyczajowo przez zrąb między dwoma młodnikami. Na tą okoliczność zwyżkę taką na zbiorówki tu przetransportowaliśmy.


Stary cwaniak zrobił nam już trzy razy numer z przebieganiem zrębu.  Na otwartym się nie zatrzyma. Po niespełna pół godzinie odezwał się - wraca znad pola, – bo w pole nie wychyli się. Zgłosiliśmy swoją wybitną męskość zareagował. Rozmowa  jak nigdy do tej pory. Gustawa krótko do siedziska przytroczony  - czyżby to ten poranek?.


Jest z drugiej strony zrębu on z przepony to i my gdzieś znad pępka. Zgłoszę słabeusza to znowu wyskoczy i pogoni w stronę młodnika. Niech wie, że i my na udeptaną ziemie na zrębie - gotowi jesteśmy - jak harcownicy stanąć.


Świta - mgła jakby przysiadła i siedzi teraz na 2 m. Pora się przygotować jeszcze krótki dajemy głos – stękniecie - lornetka i sztucer w gotowości. I z uprawy wychyla nam się jedynie wieniec a w zasadzie jego połowa. Byczym dziarskim szybkim krokiem przemierza zrąb. Szukam w szkle lunety choćby - odrobinę karku o licu można zapomnieć. Na środku zrębu zatrzymuje się wieniec niknie.


W tym samy prawie momencie rozlega się tętent i obok nas na 50 kroków uchodzi byk a za nim w pełnych susach nasz wypatrzony. Łamie się młodnik i po chwili na granicy słyszalności krótkie wściekłe postękiwania. Przegonił rywala, który się tu zupełnie niespodziewanie pojawił.


Zaaferowani swoim starcem nie dostrzegliśmy, że inny byk się też na nasze pogaduch załapał. Jeszcze kilka rozmów jakiś młodzian i jeszcze przyszłościowy w drugiej klasie na zrąb się wysunął.


My z Guciem zasadzimy się kolejny raz na starca - właśnie tego. Wracamy kupimy prosto z pieca rogaliki, mleczko, masełko -  miodek mamy, przygotujemy Halusi śniadanie rekompensując jej tarasowe rykowisko.


Powiesiliśmy na bramie zakupy -  nasza pierwsza dama w oknie sypialni a my do kolegi który w międzyczasie zadzwonił  - z pomocą. Siedział na rękawku wielka szeroka od lat niekoszona łąka. Do byka miał niespełna 50 m i podobnie jak my to, co widział to wieniec i ponoć trochę karku.

cache_2461635882jpg

Byk po strzale znikną mu we mgle prawie natychmiast. Na miejscu, w którym jak twierdził strzelał czysto obchodził ten rejon prawie godzinę. Strzelec przedni twierdził, że nie mógł spudłować. Gustaw w rejonie zestrzału nie wykazał, że coś nawąchał.


Odprowadziłem Gucia na 100 m od zestrzału i po takim promieniu zrobiliśmy okrążenie . Na przedłużeniu strzału Gucio zaczął parskać i wyraźnie przyspawał się do tropu. Po niespełna kilku metrach odkrywam obfitą jasno czerwoną farbę.


Po kolejnych 150 m widzę na parę kroków jedną tykę jak wystaje z bardzo wysokich traw. Oczywiście było intensywne pieszczenie Gucia  i w nagrodę materiał na poduchę sobie z karku wydarł. Byk strzelony na środek karku poniżej kręgów szyjnych. Kolejny raz potwierdzę kula kaliber 8x68 S  robi spustoszenie. Jednak miejsce trafienia nie spowodowało, że byk zgasł w ogniu.


O sobotnim popołudniu pewnie nawet nie powinienem tu opisu czynić – naleweczek pękło w miłym gronie przyjaciół kilka i na niedzielny świt jedynie Gustaw był w stanie się zebrać.



Tusza nadawała się tylko dla lisów.

Co druga praca za postrzałkiem w naszym wydaniu to ''para w gwizdek’’. Pewnie przyjdzie się do tego przyzwyczaić, że nie wszystko, co się świeci to jest złoto. I tak jest z prognozami, które stawiamy na zestrzale - jest szansa odnalezienia czy nie.A i tu sprawdza się powiedzenie ''dużo farby mało mięsa''.

 

Jest godzina 16 00 sierpień podejmujemy pracę gdzie od zestrzału na dystansie około 300 m wielki dzik leje jak z fontanny na dwie strony. Strzał pada o 5.30 Kaliber 7 x 57 na odległość około 200 m.Poszukiwał mix na otoku, którego następnie puszczono wolno i wrócił po godzinie kolejny rasowy gończy układany na postrzałka poprawił pracę do drogi asfaltowej na dystansie około 2 km. Za droga pracy jednak już nie podjął.

 

My zaczynamy jednak od zestrzału. I tak jak nam relacjonowano 300 m do wiwatu farby i następnie koniec.Co 200 / 300 m Gustaw odnajduje strużki farby ciągnące się 10 / 30 m i farba zanika? Doprowadza do drogi asfaltowej i tu podąża jej środkiem ku wszystkich zdziwieniu po około 30 m zbacza na pobocze rowu i tam odnajdujemy ponownie farbę.

 

Dzik przekracza drogę  wchodzi do rowu i tam odnajdujemy pierwsze łoże. Łoże mocno farbowane kolejno, co 30 / 50 m odkrywamy coś, czego nie doświadczyliśmy do tej pory.

 

Na ściółce miejsca jakby przeorane biegami dzika widać wyraźnie, że dzik się kręcił a następnie uchodził kolejne 50 m. Takich mini pobojowisk przez kolejny kilometr jest około 10. Dzik zawraca w rejon gdzie był strzelany. Na wysokim lesie z wielkimi łatami mchu odkrywamy coś nie zrozumiałego. Coraz więcej farby i spora ilość szczeciny, ale takiej różnej.  

opowiesc-o-dziku-cena-niezaleznojpg

Po kolejnych 200/300 m Gustaw staje i zaczyna warczeć pokazując zęby – niespotykany objaw jak u niego do tej pory. Przed nami niewielki rów a na jego skraj z tego rowu wynurza się wielki wilczur. Oddala się za pierwszy świerk a pod świerkiem widzimy dwa kolejne psy leżące spoglądające na nas. Korona nam towarzysząca jak i ja sam stoimy w bezruchu konsternacja jest wielka do momentu, kiedy jeden z leżących podnosi się przeskakuje rów staje i groźnie pokazuje kły.

 

Dwóch z korony jak na komendę oddają dwa kolejne strzały jeden z psów zostaje w ogniu drugi skowycząc uchodzi. To, co odnajdujemy w rowie i co z dzika około 100 kg zostało budzi jedynie grozę, jaką krwawą łaźnie temu postrzałkowi te zdziczałe psy zgotowały. Tusza nadawała się tylko dla lisów. Postrzał na dolną szczękę tak, że i okazały oręż, który jedynie pozyskano był dla obrony przed zdziczałymi napastnikami nie przydatny.

 



Cały czas z chmarą.


Myśliwy porankiem zjeżdżający z łowiska w uprawie dostrzegł chmarę jeleni.Wybrał cielaka, który wyróżniał się marną posturą.Po strzale ciele przysiadło na tyle i ruszyło za uchodzącymi jeleniami. Odczekał dłuższą chwilę miał z sobą gończego, który wielokrotnie na zbiorówkach popisywał się swoją skutecznością. Ruszył na zestrzał. Wszystko zapisane jak na dłoni padało od wieczora prawie do samego rana, śniegu ponad 20 cm.

 

Farba i ścinka, na trop luzem ruszył jego G.P.Po niespełna minucie intensywny oszczek i na linie wyciska całą chmarę jeleni idzie w gon do utraty słyszalności. Po ponad godzinie wraca do właściciela. Strzelec nie daje za wygraną. Bierze GP na otok i od miejsca przeskoku chmary rusza ponownie po tropie, bo jest farba.·Po niespełna 200 m farba prawie  zanika i kolejne ponad 2 km idą po tropach zapisanych na śniegu.

 

Jedziemy z Guciem z dwoma workami kukurydzy wysypać do paśników. Przez drogę widzimy, że przechodzi myśliwy z psem na otoku.Poczekał na nas widząc nas nadjeżdżających. Opowieści i prośba pomocy by spróbował Gucio. Analizuje tropy strzelec sugeruje podążanie od naszego miejsca spotkania.Nie przystaję na podpowiedz - farba jest, ale to nie cielę znaczy. Pokaż zestrzał -przemawianie trochę trwa, jedziemy na zestrzał.

 

Podkładam Gucia  rusza jak burza na otoku wprowadza nas w kolejną uprawę.Po kilkudziesięciu metrach jesteśmy jak bałwany, ale z tropu chmary Gustaw odbija zupełnie w przeciwnym kierunku. Jest farba na tropie chmary, ale i jest farba uchodzącej sztuki w innym kierunku. Gustaw wybiera pojedynczy trop po chwili jesteśmy na wysokim lesie kufa w górę i szczeka.

 

W oddali między drzewami widzę cielaka. Sztucer zalepiony śniegiem ciele uchodzi to Gustaw w gon. Ciele, co chwile stanowione widać z GPS jednak jest na zdrowym chodzie i rusza. Po kilku próbach '' dogonienia '' cielaka oszczek zanika. Jestem mokry do szpiku kości. Jeszcze kilkaset metrów po tropie. Rozum się odzywa – sprawdzam kolejny raz nawigację.

teaserbox_2469462248jpg

No tak Gustaw jest już gdzieś daleko za naszymi plecami. Wracamy do jeepa doświadczenia - jakieś mamy. Całe szczęście, że te doświadczenia są, bo jest, w co się przebrać gorzej ze strzelcem...A mrozik 20 stopni ogrzewanie na ful. Obserwuje na ekranie miejsce pobytu Gucia coraz częściej się zagęszczają. I jest długi moment, że Gustaw w końcu go skutecznie stanowi.

 


Wklepuje jego współrzędne do nawigacji samochodu jest już daleko na sąsiednim obwodzie – terenu akurat tam nie znam. Nawigacja trochę na okrętkę pokazuje jedziemy na skróty. I po kilkuset metrach nadziewamy się na śniegołomy.·

 

Wracamy posłuszni po nawigacji. Po ponad 15 km kropki naszego położenia i Gustawa się zjechały. Uchylam drzwi jeepa. Jest tu zaraz za najbliższymi świerkami szczeka równomiernie. Podchodzę ostrożnie i co widzę.

 

Mała polanka cała w farbie a na jej skraju leżący cielak a przy nim mój bohaterski posok. Na mój widok zaczyna szarpać już zgasłego cielaka. Ciele przyjęło wysoko przez szynki – tylko łatkę.

 

Trudno mi ocenić czy gonem spowodował ''wy farbie nie'' cielaka i jego ''zgon'' czy go zdławił .To, co pewne … to na polance po tym, co tam można było na niej ''odtworzyć zobaczyć '' rozegrał się ostatni akt posocz ej pracy.

 

Oczywiście było wielkie głaskanie.I to, co istotne, bo lubimy to z Guciem... Słowa uznania. Na koniec jeszcze informacja. Dzień później robotnicy leśni zgłosili łanie z postrzałem. I co istotne z otworzenia wyglądało, że kula, która trafiła cielaka dosięgła i łanię. Próbowaliśmy ją dojść - niestety farba była bardzo znikoma i szła cały czas z chmarą.  



Dzień morsa .



Hubertowiny – to czas wymiany myśliwych między kołami taki mamy tu zwyczaj my na pióro do nich oni do nas na grubego zwierza.Pióro – mnie już jakoś mniej pociąga to i bez żalu zostałem w moim kole, jako pogotowie postrzałowe. Tradycyjne ognisko, bo-czuszek na patyku pierwszy miot słychać strzały, ale nie dzwonią Gdzieś niedaleko obok nas poza pędzonym miotem grają psy. Gustaw podminowany i diabeł - kusi może podejść do stanowionego zwierza.

 

 Psy ucichły a tuż obok nas po chwili mknie odyniec tak ze 100kg. Sztucer w jeepie Gustaw mało otoku nie urwał pycho-la wydarł na parę oddziałów. Odyniec cwaniak wykołować psy to jednak sztuka. Hubert dał zobaczyć grubego zwierza znaczy się polowanie udane. Po dłuższej chwili jednak dzwoni prowadzący – czerwona wstążka zawieszona 100 m od ''pięciu dróg '' postrzał łani brak farby, ale jakby treść żołądka – jedziemy.

 

Na miejscu tradycyjny rytuał zmiana otoku i obroży - komenda Gustaw szukaj. Puszczony wolno po chwili jego zwyczajem jak wyżeł stójka przednia łapa w górze zgłasza miejsce zestrzału. Jest odrobina treści niestrawionej kukurydzy. Zbyt wczesna praca i po 100 m Gustaw się nakręca i ostro ciągnie – przerwa paru minutowa na tropie - tonujemy emocje i już spokojnie ruszamy.

 

Po kolejnych 200 m po raz pierwszy pojawia się dla mojego oka farba i jakże piękne dla przewodnika furczenie faflami. Po kolejnych 200 m jest ten głos przegrody nosowej na zmianę z furczeniem to kolejna uczta dla ucha Objaw u Gucia pracy na ''odwietrze śmierci ''. Gdzieś zaraz ją tu dojdziemy- spoglądam na GPS kolejne setki metrów spokojnej po tropi pracy najczęściej widzianym nosem Gucia a łani nie ma.


Ani farby ani treści kieruje się na bagna – przed nimi bardzo głęboki rów podąża wzdłuż rowu i zawraca prawie skąd przyszła. Gucio zaczyna pracować zakosami – to informacja szuka łoza przez wysokie drzewa połyskuje lustro wody stawu śródleśnego. Tylko nie to - wielokrotnie postrzelone jelenie mi uchodziły właśnie w staw. Jakieś dwadzieścia metrów od lustra Gustaw kufa w górę i szczeka.

 

Przez szuwary okalające niewiele widać. Do wody go nie puszcze, choć rwie jak oszalały. Już raz popełniłem ten błąd i mało mi byk Gustawa nie utopił. Rozchylam szuwary i widzę smugę po lustrze wody jeszcze podnoszących się pęcherzyków z dna i pływającą treść z żołądka. Na środku stawu jest kępa trzcin dla ucha trzask chlupanie górą się trzcina rusza.

 

Postanawiam ją zostawić niech dojdzie brodzenie bez sensu staw znam wody ponad 2 m. Z GPS wyszło 2860 m tropienia.Kilka telefonów i kolega '' kaczkarz '' wkracza do akcji przywozi  łódkę z domu .Po dwóch godzinach wraca do ogniska zgłasza - łani nie stwierdzono uszła.

 

Jeszcze raz ogniskowe opowieści – to niemożliwe postrzelony  jeleń nie wychodzi z wody – ona musi tam być. Ponowny wyjazd nad staw – młody człowiek typu mors deklaruje że on  wpław do kępy . Po chwili brodzenia jednak kilkanaście  metrów  obok kępy  przerażony woła .  Tu pod wodą coś jest – to ta łania – wyholowana odstawiona – wątróbka zjedzona.  

 



Jednym dzikiem na pokocie.

A w dniu dzisiejszym tradycyjnie dwa pędzenia, bo św. Huberta. Pierwszy o dziwo pusty, drugi miot wypada mi na czole środkowe stanowisko, na przesmyku - idą tam zwyczajowo dziki. Wgląd przez bardzo rzadki drzewostan na 50 m. Gdzieś głęboko tuż po trąbce gwałtowny oszczek ze stanowieniem – są dziki.

 

Gustaw tradycyjne na stanowisku obok. Po chwili podnosi kufę wietrznik mocno pracuje. Coś się będzie działo – to kolejna zaleta mojego pupila. Jak mamy dobry wiatr to on zawsze pierwszy zanim usłyszę jakiś trzask swoim zachowaniem oznajmi – Adam masz swoje trzy sekundy od Huberta bądź w gotowy.  Między drzewami migają pierwsze kamizelki naganki. Kontem oka widzę, że sąsiad z lewej składa się i dłuższy czas celuje. Pada strzał i teraz dopiero widzę jak na nagonkę walą trzy spore dziki. 

dzikijpg

Kanonada wcześniejsza na lewej i prawej flance zapowiada spory pokot.. Koniec pędzenia jest farba na zestrzale dzik uszedł. Po farbie kolega podejmuje próbę dojścia niestety po niespełna 30 m farba zanika. Zgłaszamy poszukiwanie zmiana otoku obroży ruszamy.Jeszcze na ściółce parę metrów wciski, – ale po chwili tylko nos Gucia prowadzi. Było cztery dziki trzy uchodziły jak widziałem trafiony musiał odbić.

 

I tak po 1200 m Gustaw gwałtownie skręca i co 50 m dokonuje zwroty po 90 stopni. No to dzik szuka łoża -w końcu szerokim łukiem zawraca. Gustaw podnosi kufę i szczeka – widzimy leży na rzadkim lesie. Pisze testament  - dzik około 70 kg kule przyjął na jelita. Słoninka na cztery palce wypłynęła na obydwie strony postrzału szczelnie zasklepiając wlot i wylot.Nic w tym nadzwyczajnego za wyjątkiem rekordowej ilości zmian kierunków odejścia.I tej kananonady która zaowocowała tylko tym jednym dzikiem na pokocie.




Królewska do mojej kulawki.


By nie było aż tak śnieżnie i biało to opowieść kolejna z czarnej stopy. Polowanie zbiorowe pierwszy miot siedem strzałów nikt nie zgłasza postrzałka. Drugi miot jest prawdopodobny postrzał do byka i postrzał z farbą do łani.

 

Przerwa na drugie śniadanie rezygnujemy z jedzonka jedziemy na miejsce strzało do byka. Strzelał kolega na niespełna dwadzieścia kroków. Byk mu przymurował przed linią oglądając się w stronę naganki. Rozpoznał mocnego w tuszy uwsteczniającego się dziesiątaka. Byk ruszył ostro na linię i jak opowiada strzelał go w locie na przeskoku. Po drugiej stronie drogi widać wyraźne wciski po lądowaniu. Gustawa na tropowy otok i sprawdzimy, chociaż te 300 m, bo czas też nas goni. Na tym odcinku nie znajdujemy kropli farby zostawiamy na potem.

 

Trzeci czwarty miot bez zgłaszanego postrzału. Przed miotem pocieszenia decyduję, że w nim nie uczestniczymy, bo już 14 00 a łania z pewnym postrzałem do szukania. ··Zabieram strzelca. Strzelał na góra 60 kroków do pojedynczej łani uchodzącej w pola w kierunku remizy śródpolnej. Na zestrzale ścinka a na kierunkowym zestrzale sporo farby. Po kolorze farby smaku powonieniu stawiam diagnozę strzał mięśniowy. Jednak po analizie ścinki, że to okolice karku. Tyle dobrze, że nie po badylach, bo to prace wielokilometrowe.

 

Podłożony Gustaw  po czterech godzinach -  tradycyjnie dłonie trzeba mieć ze stali. Pisze pięknie truflą i to parskanie posokowca na tropie to dźwięk najbardziej ulubiony dla ucha przewodników. Już go doskonale znam jest praca na tropie postrzałka tyko z odwiatrem osobniczy parskanie, co jakiś czas.Jest odwiatr śmierci na tropie koncert kufą na sto fajerek. Po niespełna 300 m tuż za groblą niestety Gustaw nie prowadzi jak sobie wcześniej wymyśliłem w kierunku remizy polnej, zawraca w plantację wikliny.

 

Trop jest łatwy do kontrolowania, bo łania pisze wysoko. Po kolejnych 450 m wychodzimy z wikliny w dębowy las. Tu zaczyna się tylko wiara w nos Gustawa, bo co 50 m kropa farby. Jednocześnie mamy cały spektakl sztuczek jeleniowatych jak wywieść w pole tropiącego.

 

Za młodego Gustawa te sztuczki jelonkom się udawały. Jeleniowate zatrzymują się na sfabrykowanym tropie następnie robią jakby na wrotkę na pięcie i wracają swoim tropem gdzie zwyczajowo po 50 - 100 m delikatnie odbijają ze swojego tropu.  

teaserbox_2468413684jpg

Po rozszyfrowaniu trzech takich sztuczek przez Gustawa towarzyszący mi strzelający do łani wyraża głośno podziw, co jest niewątpliwym miodkiem na ucho Adama. Sprawdzam czas no to mamy już dwie godziny pracy a z GPS 3200 m. Niebawem zmrok i dobra wiadomość dla tropiących. Jest pierwsze łoże mocno farbiarnie.

 

Zaraz za łożem kolejna sztuczka pętelka i kolejne 200 m ze zwrotami po 90 stopni. Jest dobrze albo zgasła albo gaśnie skracam otok Gustawa by szybko uruchomić go do stanowienia. Przed nami nienaturalny trzask gałęzi szybki ruch do karabińczyka i czerwona perła z czarną kufą rusza jak strzała.

 

Niespełna minutowy oszczek kolejny trzask gałęzi.Ukazuje się nam widok wiszącego na karku łani Gustawa. Która już zaczyna pisać testament. Dobra pozycja Gustaw bezpieczny precyzyjnie na komorę.

 

 Kula strzelca podcięła spód w części środkowej karku. Jest 16 00 wszyscy czekają na sygnał pożegnanie z knieją a tu proza przyjemności łowickich.

 

Dopiero po 18 00 poznaliśmy królów polowania w finale nawet kilka toastów za zdrowie Gustawa. A jutro rano świtem i tak pojedziemy jeszcze raz sprawdzić ten bez farby byczy postrzał. I bardzo dobra decyzja, bo sprawdziliśmy 300 m gdyby jeszcze kolejne 100 m byk byłby wczoraj na pokocie a i królewska do mojej kulawki, przez kogo innego by była lana.



n

Nigdy więcej takich sensacji z Gustawem


To, co się nam przytrafiło przyprawiło mnie o zawrut głowy .  Ale po kolei, wczoraj wieczorem na sąsiedniej ambonie kolega strzał do byka. Nad rzeką jest pas łąki o szerokości dwustu metrów a następnie kolejno młodnik i drągowiny. A zaraz za pola uprawne. Tam ciągną łanie właściwą ich dzienną ostoją jest kompleks za rzeką, w innym obwodzie.


Początek września noce bez przymrozków a rykowisko w pełni. Wszystko się odbywa pod amboną przyszłego strzelca. Patrząc przez lornetkę widzę, że strzelec nawet robi zdjęcia ciągnącym jeleniom . Po dłuższej chwili takiej byczej sielanki pobekiwania porykiwania. Ryknął on władca rewiru. Cisza trwała ponad dwadzieścia minut. A następnie wszystko potoczyło się jak w kalejdoskopie.


W pewnym momencie trzask w szalonym pędzie pod moją ambonę wypadają dwa dorodne dziesiątaki przebiegają łąkę i nikną w młodniku . Łomot kolejny i kilka byków wywala na łąki. Jak podczas korridy z wieńcem opuszczonym ,ten który tu rządzi wali w nie na oślep. Nawet nie młode byki żaden nie staje do walki uciekają gdzie przysłowiowy pieprz rośnie. Z pochylonym wieńcem przy samej ziemi wykonuje kolejną szarże.


 Łąka jest już pusta tylko władca pozostał - za plecami słychać pojedyncze łamania gałęzi uchodzących byków.  Po sylwetce i zachowaniu jedenastu lat to nie ma. Waga tuszy ponad dwieście kilo na czerepie bez sensacji sześć / siedem kilo. Na pewno jeszcze nie ma godziny po zachodzie słońca, ale ołowiane chmury nie dają pewności, co do lewej tyki widlica czy korona , na prawej koroa to akurat widać jak na dłoni.


Ja mam około dwustu metrów sąsiad niespełna sto. Widok byka bajkowy jest plus dziesięć stopni a z otwartego pyska wydobywają się kłęby pary. Władca bardzo nieśpiesznie zawraca nad rzekę, nareszcie lewa tyka na tle czegoś jaśniejszego. Tak mam pewność, widlica. Spoglądam przez lornetkę na sąsiednią ambonę. Kilka razy miał go do blatu, czemu nie strzela.


Gdzieś w głębi lasu nagle odzywa się byk grubo mocno z przepony, no to zapewne godny jego rywal. Zawraca i byczym truchtem przebiega przez łąkę stając idealnie w poświacie. Spoglądam na ambonę i widzę, że kolega złożony. Odkładam lornetkę oko w lunetę, zapalam kropkę. No mam cię przez łopatki nawet ciut wyżej, tak trafiony zostaniesz w ogniu.


Suchy odgłos wystrzału kolegi . W lunecie widzę, że władca wykonuje dwa kroki na wstecznym, a następnie truchtem uchodzi w głąb lasu. Pora na cygareta oj działo się. Dla mnie reakcja dość dziwna, trafiony zatopiony, czy pływa. Siedzę i rozważam przyjął albo nie. Ale to cofnięcie do tyłu bez klasycznego objawu przyjęcia gdzieś kuli. Nie dane było mi długo rozmyślać kolega schodzi świeci lampką.

336ed374-3e33-11e4-af2e-0025b511229ejpg

No ok. idę tez. Zacną kulą kolega dysponuje 308, zobaczymy, co na zestrzale. Pierwsze, co słyszę no i co, widziałeś dostał, przysiadł, prawie rakietę zrobił. I tak to jest strzelec widział swoje ja, co innego. W bardzo łatwym miejscu do określenia wręcz precyzyjnego gdzie był strzelany pusto. Jak na dłoni ślad ujścia w gęstych wysokich trawach.


Gucio nakręcony jak na gorącym tropie przystało - ciągnie aż dłonie szczypią. Parę metrów już przy latarkach idziemy sprawdzić. Po kilkudziesięciu metrach jest wysoko na gałązkach olchowych słaba farba. Farba ciemna, niebluzgająca czy kapiąca, ale jakby z sukni byka ocierana. Zawracamy mimo usilnych namawiań strzelca żeby szukać. Zabrać Gucia z miejsca gdzie poczuł farbę to temat na osobne opowiadanie.


Dzisiaj świtem w umówionym miejscu jedziemy. Strzelec wyposażony w kamerę wideo aparat gotowy do podania ostatniego kensu i wręczenia mu złomu. Gucio podejmuje trop i się zaczyna - jedna uprawa, młodnik, kolejna uprawa, trochę wysokiego lasu. Zaczyna padać deszcz zamienia się w ulewę, po trzech kilometrach byk wchodzi w kukurydzę. Co sto dwieście metrów odnajdujemy farbę, ale za każdym razem jest to farba na wysokości metra zostawiana na liściach ocierana z sukni. W kukurydzy bardziej widoczna potwierdza to jedynie, że Gucio nie zbłądził.


Byk zawraca i w odstępie może stu metrów podąża z powrotem w kierunku rzeki. Dochodzimy do łąk i z drugiej strony ambony jak kolega siedział przemierza łąkę. Po prawie dwu godzinnej pracy przemoknięci do suchej nitki z chlupotem wody w butach wchodzimy w stu metrowy pas nadrzeczny. Gucio na otoku zaczyna szczekać i rwie na otoku .


Słyszę trzask gałęzi mamy go na gorąco. Puszczam Gucia w gon. Szczek jest z popiskiwaniem, goni. Gonem głosi oddalającego się byka z powrotem w głąb naszego rewiru. Po chwili w miejscu. I znowu gon, ale taki charakterystyczny jak w gonie. Idziemy na GPS - ostatni słyszany szczek.


Będąc w trawach po szyję słyszymy trzask łamiącego się sitowia. I widzimy nad sitowiem sam wieniec ewidwntnie byka wczoraj strzelanego - którego wytropiliśmy . Wybiegamy na łąkę i ponownie szczek Gucia, ale już z drugiej strony łąki. Dobiegamy do rzeki i w tej samej chwil widzimy jak frunie na rzeką nasz byk. Przesadza rzekę i zdrowym truchtem uchodzi po wysokim drzewostanie.


Kontem oka widzę jak Gustaw wskakuje do rzeki. W miejscu gdzie byk rzekę przeskakiwał jest stu metrowe przewężenie i rzeka nie ma więcej szerokości jak trzy góra cztery metry . Za to jest głęboka na dwa metry i bardzo szybki nurt.Brzegi są strome i opadają pod kontem prostym. Przerażenie mnie ogarnia, bo Gucio wspina się po skarpie z drugiej strony i spada. Zanurza się pod wodę wypływa i ponownie wspina się na przeciwległy brzegu .


Biegiem zrzucam, co się dało i wskakuję do rzeki gruntu nie czuje. Staram się dopłynąć do Gucia. On skrzętnie wykorzystuje mnie jako koło ratunkowe i gramoli się na ramiona. Kilka razy mnie przetapia. Szczęście w nieszczęściu kolega podaje gałąź doholowuje nas do brzegu. Wypycham Gucia - wyciąga go na brzeg .


Ja kolejne parę metrów wpław ,zanim swoje cielsko wykaraskałem na brzeg.  Dobiegam do Gucia pies mi się dusi. Nagle załapał i wypompował z siebie wymiotując sporo wody. Po niespełna minucie zaczął parskać kichać wstał i kolejne parę minut odkrztuszał wymiotując.


 Nie odpuściłem i natychmiast do weterynarza. Trzeba było nas myśliwych widzieć umazanych w błoci ociekających wodą w tej lecznicy. Lekarz stwierdził, że nic mu nie jest, na dowód, czego wychodząc z lecznicy oszczekał bardzo intensywnie kota w poczekalni. Gdy to piszę trąca mnie nosem. Jest wesoły a przed chwilą wrąbał 1/2 miski Acany.


Co do miejsca trafienia postawiłem taką diagnozę. Byk stał strzelcowi lekko na sztych, strzelał go od tył. Trafił go prawdopodobnie nisko w przednią część łopatki. Kula nie uszkodziła kości ani nie zrobiła spustoszenia w masie mięśniowej. Moim zdaniem otarła się jedynie nie powodując ani nadmiernego ubytku farby,ani nie upośledzając byka ruchowo.


Dla widoku byka skaczącego przez rzekę z tym pałąkiem na grzbiecie warto tropić postrzałki. Będzie żył i pewnie jeszcze na tym rykowisku swoim rykiem pozamyka gęby wielu małolatom . Jeden wyjątek nigdy więcej takich sensacji z Gustawem.