• O Posokowcu Bawarskim Guciu i jego przewodniku Adamie.


cache_2426999844-001jpg
Zastanawiałem się jakim tekstem rozpocząć tę stronę . Bez zbędnego zadęcia, pisze tu Adam Paliński. Poluje w Kole Łowieckim ‘‘Szarak’’ Tułowice. Jestem myśliwym w trzecim pokoleniu od pół wieku. Moim zamysłem jest promowanie użytkowej rasy psów myśliwskich jakim są posokowce .

Strona ma być przekazem własnych doświadczeń jak i dokonań mojego posokowca na przestrzeni wielu lat .
W Czechach mają barvari, bo pracują na barvie, na Słowacji mają farbiary, bo pracują po farbie, Niemcy mają schweisshundy, czyli psy pracujące na farbie, u nas są posokowce, bo pracują po posoce . W gwarze łowieckiej posoka / farba - to krew. 

Pracuję z posokowcem bawarskim o imieniu Deryl. 
To imię rodowodowe a wabi się Gucio. Imię Gucio otrzymał w dniu, w którym go przywiozłem , zostało nadane mu przez córkę. Córka w owym czasie sąsiadowała z Państwem Holoubkami w Warszawie. Z racji jej zafascynowania niebywałą inteligencją Pana Gustawa Holoubka życząc Derylowi podobnej. Pan Gustaw był posiadaczem wielkich uszu jak Deryl i dlatego imię Gustaw zdrobniale Gucio .


klubjpg

Właścicieli zarejestrowanych posokowców skupia w swoich szeregach Klub Posokowca w Polsce. Działający jako Komisja Zarządu Głównego ZKwP. Jest ona również organizatorem corocznej Klubowej Wystawy Posokowców


cache_2461619485jpg

Oprócz Klubu Komisji działa Klub Posokowca Członek ISHV z wybieralnymi władzami. Przynależność do tego klubu jest dobrowolna, oparta na składkach członkowskich i innych wpływach uzyskiwanych w toku swojej działalności. Do klubu należą głównie myśliwi, właściciele posokowców. Do podstawowych celów klubu należą działania mające na celu popularyzację pracującego posokowca w łowiskach. Klub współpracuje z klubami innych krajów, będących członkami Międzynarodowego Zrzeszenia Posokowców - ISHV. W celu wymiany doświadczeń, materiału genetycznego i hodowlanego.


Aby przybliżyć znaczenie w łowisku posokowca niech przemówi statystyka. Ocenia się, że około dziesięciu nawet do dwudziestu procent strzelanej zwierzyny jest niepodnoszona. Plan odstrzałów w moim kole to trzysta sztuk zwierzyny czarnej i płowej. Dziesięć procent planu to trzydzieści sztuk zmarnowanych tusz. Proszę sobie uzmysłowić to w jednym tylko kole łowieckim, a ilość kół łowieckich w Polsce oscyluje około trzech tysięcy.

cache_2444027309gif

Mój pierwszy kontakt z rasowym posokowcem datuje się na ponad pół wieku temu. A wspomnienie wiąże się z pierwszym upolowanym osobiście jeleniem bykiem. Wówczas pewnie upłynęłoby wiele wody w Wiśle zanim bym tego swojego pierwszego byka upolował. Bo po ukończeniu szkoły podstawowej postanowiłem nie kontynuować tradycji rodzinnej jako leśnik. Zdałem do technikum weterynaryjnego i po pierwszym miesiącu nauki przyszła pora by przynajmniej przyszłym adepta tej sztuki pokazać lecznicę weterynaryjną. Zwiedzania było niewiele, ale akurat na stanowisku była wzdęta krowa. I praktycznie nam postanowiono pokazać proces jej operacyjnego odgazowania. Któryś pewnie z lekarzy w gabinecie miał posokowca bawarskiego i zapytał nas uczniaków czy wiemy, co to za rasa - ja wiedziałem.


Niby w nagrodę za wiedzę mogłem asystować przy tej operacji. Takim elementem wstępnym było oczyszczenie tego, co pod ogonem ukryte. Jako wyróżniony założono mi taką rękawice inseminacyjną do samego barku. Ogon w górę ręka moja ginekologiczna pod ogon i wygarniamy. Do czasu, gdy nastąpiło wybuchowe uwolnienie gazów.


I to był mój ostatni dzień kariery weterynarza. Powróciłem na łono mamy i pod skrzydła taty. W tydzień przeniosłem się do technikum leśnego. Gdybym pozostał w technikum weterynaryjnym, bo to szkoła z internatem. Ominęłoby mnie rykowisko, gdzie byki tej jesieni ryczały za płotem rodzinnej leśniczówki.


logogif

Widzę dziś oczyma dorosłego człowieka zupełnie inne podejście mentalnościowe z przed połowy wieku myśliwych. Polowanie traktowano jako rozrywkę pasje hobby. Zupełnie nie pamiętam dzisiejszego pędu do czegoś, co dziś nazywamy trofeum i to za wszelką cenę. Polowanie traktowano jako potrzebę zwierza dla konsumpcji. I tak świąteczny zajączek bażant, kuropatwa, kaczka i dzik. Jeśli jeleń to jedynie cielak. Łania czy byk były traktowane jako dekoracja środowiska, ale mało zjadliwe. A i procedura odstawy na stację kolejową - nadanie tego wielkiego zwierza - nie zachęcała do ich odstrzeliwania.  


Latami już po południu, gdy się rozpoczynało rykowisko całą rodziną, moi dziadkowie mama, tato, siostra udawaliśmy się na spacery. By z bliska pooglądać lub posłuchać tego najpiękniejszego koncertu, jakim natura nas i las obdarowuje. Musiał pojawić się byk wyjątkowy by ojciec chciał go upolować. I tak też było tej właśnie jesieni. 

WYSIADKAjpg

Już w pierwszym dniu powrotu na łono rodzinne wybrałem się z ojcem na Hertz er Wiese - sercową łąkę. Ojciec wybudował specjalną zasiadkę właśnie dla tego byka. Od popołudnia były pierwsze pomruki w różnych miejscach byków. Ale ten jak ojciec twierdził się nie odzywał. Dziwny to czas, ale łanie były już na tej łące popołudniem ze słońcem wysoko. A młode byczki po obrzeżu łąki swoje przepychanki czyniły. Im bliżej zmroku to odgłosy koncertowe się nasilały. I jelenie jak pszczoły do ula ciągnęło na tę łąkę. Gdy się mocno zmierzchało rozpoczynało się tradycyjne porządkowanie placu potencjalnych zalotników.


I tak kolejno wpierw ósmaki dziesiątaki przeganiały młodzież. Po czasie pojawiały się mocne dziesiątaki dwunastaki. Te po uporządkowaniu hierarchii a odbywało się to spektakularnymi gonitwami po lesie z łamaniem gałęzi, waleniem o pnie drzew wieńcami. Wracały na wspomnianą łąkę i tu czyniły przedstawienie dla potencjalnych partnerek. Niejednokrotnie rozpędzając się uderzały wzajemnie się wieńcami, co dla ucha przypominało wystrzał jak fuzji.  


Ojciec dzień w dzień rano i wieczorem w moim towarzystwie zasadzał się na tego wcześniej wypatrzonego byka . Po około dwóch tygodniach takiej frajdy dla ucha i oka, wyczułem jego zwątpienie czy się pokarze czy kolejny raz zawita do naszego rewiru. Oczywiście wiedziałem wszystko o nim z opisu ojca.



Było to wcześnie rano, gdy go usłyszeliśmy. Nie było wątpliwości pan i władca powrócił. Ryknął krótko, ale uciszył na dłuższy czas całą porykująca okolicę. Gdy się pojawił na samym końcu łąki przynajmniej jak dla mnie wtedy był to inny byk.


W naszym łowisku byki były w ubarwieniu o kolorze pszenicznym .Ten z dominującą czernią sukni z czarnym porożem i siwą grzywą. Wtedy tato nazwał go karpacki.  Stał na ponad trzysta metrów – oczy bacznie, co na łące. Tato miał już wtedy dryling z lunetą i gdy przecinał łąkę na jakieś dwieście metrów zmierzył się do niego. Sądziłem, że zaraz padnie strzał, ale jedynie uśmiechał się pod wąsem coś tam szepcząc do siebie.


Byk był uwsteczniającym się dziesiątakiem jednostronnie koronnym. To, co wydawało się aż nieracjonalne w proporcjach to długość tyk wieńca i ich grubość. Byk jakby chciał okrążyć łąkę i kręgiem zaczął zawracać. Wpatrzony w lornetkę poczułem szturchnięcie w bok przez ojca.  Masz strzelaj - jak to ja. W odpowiedzi usłyszałem szeptem - na dobry początek synu. Przecież już wielokrotnie strzelałeś. Podając mi dryling usłyszałem - ostrożnie wszystko masz przygotowane przyśpiesznik naciągnięty.


Drżącymi rękami przejąłem broń. Gdy byka umiejscowiłem w lunecie krzyż skakał mi po całej sylwetce. Zapewne widząc tato moje rozgorączkowanie usłyszałem szept - spokojnie opanuj się. Byk stoi i kolejny szept – po wewnętrznej stronie badyla - jak wjedziesz na komorę ściągaj spust.  Hubert mi darzył, bo ta prosta czynność zajęła mi wieczność. Mam - wjechałem na komorę strzał – byk robi jak wtedy - oczami młodzieńca rakietę i w pełnym biegu uchodzi w las.


Rozgorączkowany rozpromieniony patrzę na ojca i co słyszę. Byk jest nasz trochę za wysoka i spóźniona komora mniej energicznie ściągaj spust. Zamurowało mnie na minutę ,do byka sto parę metrów a ojciec widział, gdzie umieściłem kule. Po około trzydziestu minutach idziemy na zestrzał, nadal emocje mi nie opadły. Od zestrzału do ściany lasu tropimy i diagnoza ojca. Bez posokowca Pana Garusa się nie obejdzie – jak to nie szukamy dalej dopytywałem. Byka dojdziemy prawdopodobnie nad stawem to jakieś trzysta metrów z tego miejsca. Słyszałem, że tam odwinął w ucieczce po strzale – ja nic nie słyszałem. Jak widzisz farby poza zestrzałem nie ma a widziałem, gdzie zadymiła kula. Dajmy mu spokojnie dojść. 


Na leśniczówkę ja na rower i jak szalony do magazynu, gdzie pracował Garus. Telefony to na korbkę były a dodzwonić się gdzieś to trzeba było sporo się naczekać. Garus spokojnie zebrał manele - ja na ramie on pedałuje wracamy. Hanower Garusa na otok i na sercową łąkę.


Wtedy po raz pierwszy widziałem pracę posokowca. Tato zatrzymał naszą dwójkę trzydzieści metrów od zestrzału. Garus na przywiezionym z sobą otoku zaczyna pracę. Otok to sznurek taki grubszy dziesięciu metrowy - psy milicyjne były na tym prowadzone - rusza.


Pies do ściany lasu i zaraz skręca tak jak to ojciec na ucho ustalił.  Pamiętam to doskonale żadnych oznak, że właśnie byk tędy uchodził. Gdy jeszcze jadąc na rowerze rozmyślałem, po co pies, to po stu metrach z niedowierzaniem patrzyłem - za czym ten pies idzie. Gdy zbliżaliśmy się do stawu, o czym ojciec wcześniej mówił wykrzyknąłem - to cud, że ten pies tu jak ojciec powiedział nas przyprowadził.


Po pięćdziesięciu metrach w uprawie jest byk. Pierwsza farba na skraju uprawy, za wyjątkiem zestrzału nic - jakieś czterysta metrów. Tym sposobem posokowiec bawarski ten z lecznicy zwierząt i posokowiec hanowerski Garusa przyczynił się do bakcyla łowieckiego - którego z lubością do dziś konsumuję.  

 


Pewien ''Von też posokowiec '' uruchomił moje dociekania, co do Pana Garusa po przeczytaniu opowiadania w czasopiśmie łowieckim. Wybrałem się nawet na cmentarz, gdzie został pochowany.Trudno mi określić koleje losu tego człowieka. Ale trafił on do ojca na leśniczówkę gdzieś na początku lat sześćdziesiątych z nakazu pracy – przeniesiono go tu na Śląsk Opolski. U ojca został magazynierem środków chemicznych do opylania i oprysku lasu. Mieszkał gdzieś kątem i nie było by, o czym się tu dalej rozpisywać, gdyby nie jego posag, jaki zabrał z sobą z poprzedniego miejsca pracy.


Były to dwa Hanowery starszy wabił się Von. Z racji pracy w chemicznym magazynie i pomieszkiwania na zapiecku obydwa Hanowery trafiły, jako stali mieszkańcy do osobnego kojca na leśniczówkę. Ojciec mimo swoich psich miłości nie bardzo wiedział, jak je układać czy też użytkować. Za to każdego popołudnia Pan Garus był w ojcowskim obejściu codziennym gościem. Jak rzep do hanowerskich ogonów na spacery w las byłem przypięty. Niewiele zapamiętałem jako nastolatek z wiedzy, jaką starał mi się usilnie przekazać o posokowcach. Starszy Hanower Von odszedł ze starości a młodszy Willi  stał się przyczynkiem do kolejnych wspomnień o moim pierwszym upolowanym dziku.



Mając lat szesnaście otrzymałem oczywiście nieformalnie pojedynkę dwudziestkę. Używać mogłem ją pod okiem ojca, ale i samowola bywała. Pierwsze dni listopada rodzice do pracy ja chory- przeziębiony pod opieką babci. To okazja do samowoli przecież babcia na wnuczka nie doniesie. Mopsik - jamnik szorstki pojedynka i w knieje. Wtedy były pewne miejsca, gdzie dziki można było spotkać i z psem na deptaka żaden problem je dopaść. To my w ciemno na staw Ławnik. Szuwary, jakie go otaczały to wtedy pas blisko dwustu metrowy. Idę obrzeżem Mopsik buszuje w trzcinisku, gdy byliśmy gdzieś w połowie okrążenia Mops zaczyna szczekać. Trwa to długo - decyduję się na podchodzenie. Po około pięćdziesięciu metrach widzę już Mopsa jak gdzieś przemyka, ale dzików nie. Kolejne kilka kroków między pałkami trzcin jest coś czarnego.

odyniec_mnow18jpg

Na wypiętrzeniu dosłownie gnieździe z czcionnika leży dzik. Pierwsze, co pomyślałem, że nie żyje - jednak brakło mi odwagi by do niego iść. Jeszcze krok w prawo w lewo tak leży ubita sztuka. Mopsik, co chwile się pojawia tańcząc wkoło denata. Kolejne dwa kroki i z przerażeniem odkrywam, że co jakiś czas podnosi się szczecina na grzbiecie dzika. Nie to pewnie wiatr tak włos unosi. Gdy już nabrałem odwagi dochodzę na pięć metrów. Mój nieboszczyk wstaje obraca się niespiesznie w moim kierunku. Po lufie wygarnąłem w jego sylwetkę i chodu. Dopadam ściany lasu  pierwszych drzew i teraz dopiero słyszę, że Mopsik nadal głosi, ale jakieś sto metrów dalej.


Przecinam trzcinnik i na groblę do Mopsa. Idąc groblą na jej szczycie odkrywam dużą ilość farby. Dzik wszedł na staw. Jest parę dni po odłowach staw jedynie ze szlamem. Widzę górą ruszające się trzciny dzik się przemieszcza do zastawki. Nagle mnie oświeciło nad rowem przy zastawce mam swoją zwyżkę na kaczki. Biegiem do rowu z paru centymetrową wodą i na zwyżkę. Ledwie wgramoliłem się na nią widzę szuwary się chwieją trzeszczą idzie. Doszedł na jakieś czterdzieści kroków i cisza, ale Mops nie szczeka a piszczy na przemian ze skowytem. Co robić dzik czy Mops wybór był oczywisty.


Wracam na groblę i do Mopsa. Brodzę w szlamie po kolana pewny, że pies rozpruty a to Mopsik zawisł na podwoziu w szlamie. Krótkie nogi jamnika nie dają możliwości napędu. Wyniosłem Mopsa na groble w rowie okalającym szybka kąpiel i co dalej. Są w domu trzy teriery na rower do domu i.... Niestety tato wrócił wcześniej z pracy. Bura była, że chory mokry ubłocony samowola z bronią. Ale żeby mama nie wiedziała szybko mam się przebrać. Babcia pranie -ja ciepło ubrać - trzy teriery i z powrotem na staw. No i scenariusz jest identyczny jak z Mopsem. Teriery Żabka, Finka, Gero dosłownie wyskakują w górę, ale się do postrzałka nie przesuwają. Z wielkim trudem po karki brodzą w rzadkiej konsystencji szlamu .


Ponoć tyle, co odjechaliśmy pojawił się Garus. Od babci wszystko się wywiedział i podążył z Hanowerem naszym śladem. Ja na swojej zwyżce kaczej ojciec psy wyciąga z błotnej kąpieli. I jest Hanower. Gdy dziś wielokrotnie czytam, że ta rasa posokowca to pies ciężki mało zwrotny, i z reguły milczek to ten był odwrotnością tych utartych recenzji o tej rasie posokowca. Potężnymi susami podążył za farbowanym tropem mego postrzałka. Nie trwało ani pięć minut ostry zajadły oszczek i widzę jak powoli mozolnie rozgarniając błoto dzik napiera w kierunku rowu. Tym razem precyzyjnie w czerep brenekę umieściłem. Pozostało jeszcze wyciągnąć go z tej topieli, ale to opowiadanie na kilka stron. Moją pierwszą brenekę przyjął na bardzo spóźniona komorę. Ważył osiemdziesiąt parę kilo a oręże słabiutkie, ale do dziś okazuje go z dumą.



Gdy już po wielu latach przygód łowieckich kilka lat temu będąc na zlocie motocyklistów w najdalszym południkowo wschodnim zakątku Polski. Do stołu biesiadnego kolega leśnik zaprosił myśliwego z Niemiec. Okazało się, że są po całodniowym poszukiwaniu byka. Sprowadzono wcześniej psy tropiące postrzałki. Mimo że uznawano je, jako lokalne autorytety w dziedzinie nie poradziły sobie w odnalezieniu.


Gdy słońce kładło się za połoninami. Na do widzenia, co usłyszałem wprawiło mnie w osłupienie a po czasie wręcz spowodowało wybuch śmiechu. Niemiec oświadczył, że gdzieś z pogranicza czechosłowacko niemieckiego jedzie już jego kolega z posokowcem .

No nie taka gratka nie mogła mnie ominąć. Zadeklarowałem, co by się nie działo, jak przyjedzie posokowiec budzić. Brutalne wręcz dobudzanie a słonce wysoko – posokowiec jest. W kieszenie kamizelki ładunki gaśnicze wiadro zimnej wody na kark i już telepiemy się w zdezelowanym jeepie.


Tam zdecydowanie więcej wiedzy, co zaszło. Byk zakwalifikowany jako łowny regularnie prowadzał łanię. Strzelano do niego wieczorem. Rano łania schodziła sama wieczorem i rano dnia obecnego ta sama pojedyncza łania wracała z żerowiska też sama. Niebawem czterdzieści osiem godzin od postrzału – jadę myślę i co tu szukać, wiatru w polu.


Na zestrzał - jest ewidentna farba - to, co wtedy na zestrzale robił przewodnik jak się zachowywał zupełnie nie rejestrowałem. Przewodnik posokowca bawarskiego śp. Pan Józef z Czech. Dla mnie po czasie  to kolejny nieoceniony skarbiec wiedzy. Ruszamy bawar prowadzi spokojnie i niezwykle pewnie. Trop, jakim podążamy to wysoki świerkowy las, ale te tylko pozorne górki i dolinki - dają w kość.


Odległość, jaką przemierzyliśmy mogę jedynie zdefiniować - cztery ładunki gaśnicze - Lech Puszkowy - wysączony. Jak wiadomym jest - odległość w górach mierzymy w godzinach a nie w kilometrach . Z racji wypitych puszek piwa w lokalnej społeczności nowy wymiar zaistniał.


Rok temu żonę kolegi leśnika tu przywołanego wcześniej, zapytałem - a gdzie to gospodarz - usłyszałem na puszkę piwa tu za szczytem odbiera drewno. Tym sposobem wniosłem nową, jakość do zbioru parametrów danych technicznych.

595385091_1_644x461_obraz-bawarski-mysliwy-haft-krzyzykowy-leborkjpg

Po kilkuset metrach bez farby Józef zaczyna pokazywać nam kolejne miejsca, że jego posokowiec prowadzi bezbłędnie. Dochodzimy do strumienia, po rozległości jego i pourywanych kamienistych brzegach można jedynie domyślać się, co się tu dzieje, jak są intensywne opady. Woda jest do połowy łydki, posok brzegiem strumienia z pięćdziesiąt metrów z nurtem zawraca wywąchując raz jeden raz drugi brzeg. Posłusznie całą koroną brodzimy, no ja jak wytrawny wręcz alpinista w adidasach. Kamienie śliskie to i kuper się zamoczyło, i nie tylko. Miejsce, gdzie można wyjść na brzeg minęliśmy. Po kolejnych dwustu metrach w górę strumienia jedyną myśl do dziś pamiętam.! Ci ludzie, co idą za tym bawarem - '' co mnie podkusiło - całe życie z wariatami’ ’


Pewnie widok ten będzie mi się śnił jeszcze kilka lat. W poprzek strumienia piętrząc wodę leży potężny zgasły byk. Jedyna refleksja na dziś, co do byka – szkoda, że gdzieś tam ścianę z trofeami łowieckimi w Niemczech taki okaz dekoruje.


To wydarzenie dało impuls obsesyjnej myśli  posiadania.
Też chcę mieć takiego bawara. 


Wówczas domownikiem był Puzon jamnik, który w zamyśle miał być psem myśliwskim. Jednak miłość rodzicielska małżonki wprowadziła go pod kołderkę. Puzon zaczął chorować dożył sędziwego wieku i nam odszedł.


Myśl o posokowcu spowodowała moje drążenie tematu. Wpierw literatura , dla mnie zdecydowana ilość mądrości tych praktycznych to w artykułach publikowanych na stronie intranetowej Klubu Posokowca.


Kolejnym przekazem, jaki wyniosłem z domu rodzinnego to fakt, że wychowałem się na leśniczówce. Zawsze była spora gromadka psów myśliwskich. Tydzień po moim urodzeniu jako prezent nowo urodzinowy otrzymałem malutkiego szczeniaczka jamnika wabił się Mopsik . Pies rodowodowy po polujących rodzicach. Rodzice uczynili wyjątek i chował się, jako jedyny w domu. Dorastaliśmy razem, gdy już raczkowałem gdzieś pod stołem ugryzłem mu kawałeczek ucha. Gdy Gucio stracił również kawałeczek ucha w innych okolicznościach uznałem to jako bardzo dobry omen.


Mopsik towarzyszył mi w samodzielnym poruszaniu się w lesie. W finale jak to syn leśnika nawet w pierwszych przygodach łowieckich. Ojciec mój zajmował się układaniem swoich psów a Mops niby samopas mnie pozostawiony. To, co ten nieszkolony jamnik potrafił czynić w łowisku ojciec składał na karb genów łowieckich dziedziczonych po przodkach.


To i mnie te geny łowieckie przy wyszukiwaniu dla siebie posokowca ubezwłasnowolniły. To, że dziś mam Gucia -  zawdzięczam wielu ludziom - splotowi wielu okoliczności.


Wszystkim tym jako ten nawiedzony od prawd jedynych - ogłaszam. Chcesz mieć kompana w łowisku sprawdź - babcię, matkę, dziadka, ojca.


Mój udział własny w szkoleniu Gucia pewnie jakiś jest, ale podstawa to geny. Ja tam super wybrałem - nie tylko Gucia! Określenie ''klępa '' - to Pani łosia i jak dla mnie brzmi pięknie. Poza posoczym  tematem dziś tak na starość sobie wymyśliłem. Gdyby tak wybór małżonki, towarzyszki życia na podstawie jej rodowodu i mieć tym samym gwarancję, że się wybiera kompana jak do łowiska – o ile to prostsze.



Gdy tych wspomnień czar mnie tu tak ogarnia opisze ślubowanie na myśliwego .I
tu bez niedomówień w tym tekście . Chrzczony byłem na Parafii rzymsko- katolickiej p.w. Św. Rocha w Tułowicach. Kapłanem, który wody z chrzcielnicy ponoć nie żałował był późniejszy mój osobisty patron łowiecki.

Dzień rozpoczęcia sezonu polowania na kaczki był również dniem rozpoczynającym nieskończoną ilości spotkań towarzyskich. Tegoż dnia po symbolicznym ''pif paf'' grono przyjaciół ojca nad stawem zasiadało do ucztowania. Tradycyjnie od wielu lat była to uczta rybna. Co prawda jedynym gatunkiem ryby - były karpie . Ale w ilu odmianach.

Ojciec specjalizował się w karpiu wędzonym, Pan Tadeusz przyrządzał zupę rybną. ‘’Padrę kapłan mój patron ’’ to legendarny kociołek z ziemniakami, boczkiem, karpiem i wymyślnymi ziołami. Był karp w galarecie po żydowsku, no i wielkie dwie patelnie, gdzie na miejscu obowiązkowo w smalcu z dzika na specjalnym ruszcie były smażone .

a55e3c1026f3jpeg

Celowo zaprezentowałem tu cały wachlarz dań, bo to on gwarantował, że bez nadmiernego nadzoru ze strony ojców będzie można spokojnie postrzelać samemu do kaczek. Umyślna osoba dowożącą specjały niestety za przykazaniem ojca odwiozła wszystkie strzelby na leśniczówkę – i po polowaniu.

Gdy wspomniałem o obiecanej mi możliwości polowania na kaczki ojciec bezradnie rozłożył ręce - czemu mi wcześniej nie przypomniałeś.
Na to ‘’ Padre’’ mam w bagażniku swoją dwunastkę, ale naboi niecałą paczkę. Dobre i to - ale jest torba ojca a w niej zapas wojenny śrutu, ale do szesnastki.

Już wtedy byłem osobą o ‘‘niezwykłej inteligencji ‘’ - wymyśliłem zastosowanie dla Trybuny Ludu. Tak uzbrojony i wyposażony w szuwary - brodzimy. Szybko uporałem się z oryginalną amunicja do dwunastki. A następnie naboje z szesnastki owijałem gazetą - jak wtedy jedynego słusznego czasopisma.

Niestety efekty były marne. Jak z dwunastki kilka kaczek spuściłem tak z zapasu wojennego ojca - jedna paczka jedna kaczka?.
Tak sobie dziś myślę, że ten pomysł z Trybuną Ludu to nie szczyt mojej ‘’wrodzonej inteligencji ‘’- bo pismo ze strzelbą osoby duchownej pewnie się gryzło.

Gdyby wtedy wychodził ''Nasz Dziennik '' - ojca Rydzyka to ‘’ho ho.’’ Wracam na miejsce biesiady z kilkoma kaczkami a tam biesiadnicy oświadczają, że jest okazja by z pełnym ceremoniałem co prawda po polowaniu dokonać ślubowania na myśliwego.


DSC00621JPG

Jak już mnie kiedyś tam ślubowano to po upolowaniu grubego zwierza pasowano na rycerza św. Huberta Pierwszego dzika strzeliłem samodzielnie jako szesnastolatek a byka rok wcześniej. Wszystkim tym, którzy na takie datowanie robią ‘’ rybkę’’ - jak to możliwe – odpowiadam.


A no było to standardem pół wieku temu, gdzie synowie leśników swoją przygodę z łowiectwem rozpoczynali jeszcze przypięci do piersi  matki. Gdy stałem się myśliwym po zdaniu egzaminów i zacząłem swoją oficjalna przygodę z knieją nikomu do głowy nie przyszło by mnie pasować na rycerza. Koło moje wtedy to sami leśnicy i ich synowie. Każdy  o każdym w dokonaniach łowieckich wszystko – no prawie wszystko wiedział.


Niebawem przyszła pora złamania tego monopolu leśników i pojawili się nowi kandydaci spoza klanowego. Ojciec mój był wtedy prezesem koła a łowczym niezapomniany Pan Tadeusz. Oni to dwaj bardzo skrupulatnie pielęgnowali zwyczaj pasowania. A i należy pamiętać, że obok całego ceremoniału, który jak zapewne znacie jako podniosły w swej wymowie. To i obowiązkowym jest po polowaniu ta część bankieto - paradna.


Co do części bankietowej to wtedy w miejscowości Korfantów była knajpa u Pana Przystawskiego.  Od strony technicznej - kalendarzyk polowań zbiorowych był dostarczany właścicielowi knajpy i wiadomym było, że w tym dniu jest ful rezerwacja – dla osób postronnych lokal nieczynny.


Do podstawowego menu była beczka całych solonych śledzi i beczka piwa. Obecnie młodemu czytającemu wyda się - a co to za menu dla myśliwych. Ale wtedy zmarznięty łowca łapał za ogon takiego wielkiego sztywnego od soli Matyjasa walił nim o cholewkę buta otrzepując sól i się z nim rozprawiał. Gdy dodam śledź z gorącym chlebkiem prosto z piekarni i świeżym masełkiem to piwo jedynie gasiło pragnienie. Specjalność właściciela była, /wódeczka na miodzie, / która dopełniało radowaniu się po łowach. Uczestnictwo w biesiadzie po polowaniu było obowiązkowe, nawet myśliwy z ‘’L 4 ‘’też herbatką po góralsku był leczony.


Gdy już brakło tych nowo przyjętych do pasowania to sobie przypomniano o tych też młodych, ale jeszcze niepasowanych. I tak tydzień wcześniej kolega rówieśnik położył pięknego dzika, przyszedł czas i na mnie.

Modern-likajpg

Polowanie na zające z otwartą listą  do czego strzelamy. Pamiętam to wydarzenie jak by wczoraj się odbywało. Miot polny z remizkami jestem ostatnim na flance, Wtedy nadal poluję ze swoją kochaną pojedynką dwudziestką. To pojedynka o wręcz nieproporcjonalnej długiej lufie. To dość dziwne, co napiszę, ale do zająca trzeba było strzelać na odległość w przedziale od 40 do 60 kroków. Im bliżej tym gorzej wiązkę śrutu na 30 kroków trzymała jak pocisk kulowy.


Idą pierwsze koty defilują wzdłuż flanki. Gdy mam je na strzał to akurat na 20 kroków taki teren - pudłuję oby dwa. Jakieś pokrzykiwania Adam kolbą go - łacha drą.


Z oddalonej jakieś 200 m remizy naganka rusza jelenie. Idą na czoło widzę walącą się łanie i spory kawałek za miotem gasnącego cielaka. Gdy naganka opuszcza remizę do tylu idzie byk.


Jakoś wtedy nie uświadomiłem sobie, że jedynym poza miot, który będzie miał do niego bezpieczny strzał będę ja, – bo ostatni na flance. Czekam, komu Hubert darzy - nikt nie strzela. Gdy byk prawie był na linii poza - pokrzykiwania, czemu nie strzelasz.


Rozładowanie i poszukiwanie na końcu pasa breneki odbyło się instynktownie. Strzał jak do zająca - kreślę od tyły muszka mija nasadę karku ściągam spust. I byk roluje jak zając.


Pamiętam z detalami ‘’Gajowy Maryjjjiańciu ‘’ odmierzył osobiście 146 kroków.  Piękny czternastak lewa tyka jak marzenie z kielichem na końcu prawa trzy odnogi z szydłem budzącym grozę.


Przy takim wysoce trofealnym byku mnie pasowano. Tym bardziej zapada to w pamięci, bo to chyba najbardziej oryginalne poroże, jakie posiadam w swoich zbiorach. Łowczy Tadeusz aż nadto obficie kreślił krzyż na moim czole farbą to i gdy zdecydowanie zmęczeni z tatą w późnych godzinach nocnych wróciliśmy na leśniczówkę a oczekiwała nas niestrudzona babunia, to na mój widok zakrwawionego oblicza - zasłabła.  


_11089jpg

Zawsze mnie interesowała mowa zwierząt. Gdy jako jeszcze berbeć przypięty do nogawki ojca podsłuchiwałem jego rozmowy w lesie wszystko było jasne i proste – przecież też tak potrafię. Tato jak pamiętam zawsze czynił popisy na rykowisku. Używał klosza szklanego od lampy naftowej. Wtedy jego umiejętność wznowienia rykowiska powodował mój podziw. Jednak największe wrażenie na mnie robił wabiąc lisa na źdźble trawy. Były to moje  ‘’korzenie ‘’- chęci nauki rozmowy ze zwierzakami jednak czyniłem to po mojemu.



Wabienie ale po mojemu

Pierwszy na okolice  ''mój patent'' to czatownie w trzcinisku . Kaczki na które polowałem to lęgowe z tych właśnie stawów. I była ta pewność że jest to ich teren gniazdowania i zawsze wrócą nawet po '' ostrym strzelaniu''. Piękny sposób polowania to brodzenie w szuwarach .Jednak dno stawów było bolesnym weryfikatorem ile myśliwy zmęczenia może przełamać. A same zielsko pływające w stawach powodowało szybką odmowę pracy przez wyżły – po godzinie do reanimacji.
aeb3135b436aa55373822c010763dd54_aeb3135b436aa55373822c010763dd54jpg
Następnego roku była już wąska długa łódka , a kolejnego roku czatownie ale z nowym patentem – makiety kaczek / dziś bałwanki /  oraz pierwszy profesjonalny wabik na kaczki .

Z pływającymi makietami kaczek wiąże się jedna ''barwna'' opowieści. Oczywiście to czas że stawy były państwowe – ryby państwowe – kaczki też państwowe. Jak państwowe to niczyje. By mi te kacze makiety nie odpływały to wbijałem w dno stawu paliki i do nich na długiej żyłce były wiązane . Ale w takich odległościach by się nie poplątały.

I tu '' kolejny patent'' – od spodu makiety kaczej podwiązywałem krótką żyłkę z haczykiem na nim gotowana kukurydza . Zawsze gdy kończyłem polowanie nocą po zlotach i wyławiałem makiety kilka karpi było do zdjęcia z haków.

lodka_oxota2jpg
Pewnego wieczora pojawił się sam ON  komendant straży leśnej / rybackiej pogromca kłusowników -  nazwisko na ''W'' mu było . .Który po podpłynięciu do mojej czatowni łódką / raczej krypą od rozwożenia rybiej karmy / poprosił czy może skorzystać z mojej kolejnej czatowni obok. Proszę bardzo zawyrokowałem - oczywiście mocno spłoszony - zasiadł jakieś 50 m dalej .

No i stało się ,  po chwili - pierwsza kaczka zaczęła harce po lustrze wody , kolejna następna jeszcze jedna . Dla mnie sprawa oczywista karpie się już zahaczyły i ciągały te moje kacze makiety . Gdy pierwsze kaczki zaczęły kapać jedna po drugiej wkoło swoich udawanych pobratymców - a ja jeszcze kwakałem jak najęty i spuszczałem jedną po drugiej .

To władza w osobie Komendanta ''W'' prawie  nic – puknął parę razy i tyle. Widok dziesiątek  kaczek które chciały właśnie zasiąść wkoło mnie spowodował u władzy chęć - że on też tak chce .

Następnego ranka był pierwszym petentem na leśniczówce u ojca .
Jak to co to - żądny wiedzy i nauki .
Makiety tego samego dnia wiejski stolarz wykonał – otrzymał ode mnie w prezencie farby do ich pomalowania  z  - Opola ''Jedności'' już w południe miał wabik. Oczywiście sprzedałem mu '' patent '' z kołeczkami i żyłkom do wiązania makiet – bez patentu na połów karpi.

nony-dka-abdzia-kaczka-zbiory-obrazw_csp22057757jpg
Już od po południa z bałwankami  kaczek  przed czatownią  -  kwakał na całą okolicę. Co i ile strzelił ? , bez psa aportera to i tak niewiele podniósł . Ale ja przeniosłem się na inny staw .

Spotyka mnie po kilku dniach .Panie Adami wszystko super kaczek strzelam więcej . Ale jak widziałem do pana one bardziej ciągną . Widziałem że te pana kaczki to pływają niech no mi pan zdradzi - pociąga pan je na jakiejś gumce.

No co mam mu odpowiedzieć że kradnę karpie. Grzecznie pytam - Panie Komendancie a czy wbija Pan piórko w dupę kaczki – takie z ogona koguta. Piórko działa jak żagiel i jak powieje - makieta się kręci.

Nie wiem ile kogutów na wsi z polecenia komendanta swego ogona się pozbyło – ponoć pływały dzięki mojemu wymyślonemu naprędce  patentowi jak nawiedzone . Jednak kaczek jemu  znaczaco nie przybyło na trokach.

Ale i ja wiem też  - na pewno  - że próby przechytrzana zwierza / ptactwa  - wabieniem - tym samym pomnażania sukcesów łowieckich nie załatwimy '' piórkiem w dupę i na wodę''. 


prev next


Gdy już uprawnienia selekcjonerskie były wbite do legitymacji niby przygotowany z drżącym sercem wyczekiwałem na rykowisko. Od kilku lat porykiwałem, ale teraz próba generalna w ryczeniu. No i kolejny raz boleśnie udowodniłem sobie, że to jeszcze potrwa.


Minęło parę lat, gdy zacząłem gadać z bykami na rykowisku. Mamy Polskich Mistrzów Świata w wabieniu i gdy się z nimi rozmawia to opowiadają o słuchu muzycznym o porach dnia i nocy o ciśnieniu atmosferycznym fazach księżyca, temperaturze – wszystko to prawda. Ja napiszę o czymś mało racjonalnym, ale jak na wstępie napisałem – będzie po mojemu.


Za podpowiedzią przewodnika – podprowadzającego / zawodowca Bieszczadzkiego odkryłem nowy wymiar wabienia. Fakt, że mamy muszlę trytona.Z płyty CD nasłuchaliśmy się do oporu a i w kniei pilnie kopiowaliśmy bycze odgłosy nie stanowi to jednak patentu na sukces. O sukcesie wabienia wedle obiegowych publikacji miałoby stanowić ocena wieku byków i tym partnerstwem wiekowym rycząc go wabić.

0_0_productGfx_419eb110d1631bca1db947b604a949adjpg

Po mojemu to kluczem jest stan emocjonalny byka. By nie mieszać i wypisywać kolejnych marsowych myśli uproszczę. Jeleń byk zachowuje się identycznie jak facet w obecności płci pięknej.


I tu trzy fazy przed, w czasie, i po. Ja, jako urodzony macho napiszę;   Uważam, że najefektywniejszą rozmowę prowadzimy w fazie przed - Bara bara. Dwie kolejne fazy Panowie sobie dośpiewają. Wabiący to wyławiacz z dźwięków rykowiska wszystkie te pomruki porykiwania i ryczenie przed spełnieniem.


Z tymi i tylko z tymi bykami jest sens gadać, co nie znaczy, że będą łatwą zdobyczą. Najczęstszym błędem jest podejmowanie rozmowy z organistami. Są to byki młode i nie winny być w orbicie naszych zainteresowań. Szykujemy się na byka stadnego. Z moich obserwacji i doświadczenia najczęściej będą to byki przede wszystkim o dominującej kondycji fizycznej i to ona decyduje, że harem mają przy sobie. Wcale nie idzie to w parze z tym, co mają na czerepie.


Byki takie zdecydowanie więcej energii poświęcają na utrzymaniu haremu w całości by im jakiś młodzian łani nie podebrał niż na sam proces kopulacji. Gdy wyłowimy w głosie byka tęsknotę - forma żałosnego dźwięku zawodzenia – powtórzmy jego frazę odezwijmy się naśladując jego głos. Przekonacie się, że będzie do was podążał on też potrzebuje współczucia jak człowiek poszukujący partnerki.


Tu istotne, gdy w waszym pobliżu będą łanie i on ich zapach wyczuje możecie się spodziewać, że z partnera do rozmowy przemieni się w wroga. Wpierw zmieni ryk na bardziej agresywny, a gdy zbliży się zacznie uderzać wieńcem o gałęzie potem zacznie nawet kopać w ziemię badylami. Zgłoście, że jesteście, ale tym razem rozbeczcie się jak ‘‘chłystek’’. Zapewniam wyskoczy do was by pokazać, kto tu rządzi.


Z bardzo starymi bykami to inna rozmowa. To leniuchy mają jedną łanię, ale jak przystało na dojrzałego partnera do Mc - Donalda odprowadza partnerkę pod samo żerowisko pozostaje w ukryciu w lesie. Od czasu do czasu mruknie i tyle. Ale i na nie jest sposób nazywam to - gdy idą na łatwiznę.


Zaganiający byk łanie nie ryczy, a jakby szczeka. Łatwo takim szczekiem starca wyciągnąć – wyskoczy pokaże się nam to taka stara pierdoła najczęściej potrafi latać i szukać a nuż jakaś panienka - małolata niezapędzona.


Dziesiątki własnych kruczków byczych mam - podobnie jak większość doświadczonych przewodników posokowców. Sam zaczynałem od ryczenia, gdzie rozganiałem rykowisko, bo takim fachowiec byłem. Wtedy byłem sam nikogo to nie interesowało a uważano mnie za dziwaka. Dziś, gdy na łamach gazet netu publikacji o wabieniu bezliku to i w moim kole podobnie. Ryczą i ryczą, – ale........



prev next

To i powspominam jak to z wabieniem dzików zaczynałem. Jeśli naśladowanie odgłosów byków na rykowisku powodują zwiększenie szans łowcy to i na huczce dzików pierwsze próby poczyniłem.


Rozpocząłem od takiegoż urządzenia jak dmuchawa do dymy przy oporządzaniu uli z pszczołami. Po modyfikacji samego wylotu, gdzie umieściłem specjalnie skonstruowaną membranę – chrumkała jednak bez efektów.


Przyszła pora na nęciska. Poszedłem po najmniejszej linii oporu i od kierownika P.G.R. wycyganiłem parę taczek kiszonki. Zimą efekt był, ale jeszcze nie to. W przedwojennych pismach łowieckich wyczytałem, jak przyrządzić strawę na skuteczne nęcisko. Z tego P.G.R. dostałem beczkę 200 litrową - plastikową zakręcaną wielką pokrywą. Mikstura w swojej recepturze była dość prosta. Nie pamiętam proporcji, ale wszystko, co późną jesienią opadło a jeszcze nie zgniło. Kolejno zboże wszystkiego po trochę, co pod ręką owies, żyto, pszenica. Podkradłem ojcu parę kilo cukru do podkarmianie pszczół i nie znając siły rażenia w sklepie kupiłem drożdże winne. Zalałem to ciepłą wodą, a że po tygodniu zaczęło to mocno ca pić szczelnie zakręciłem. A że zima nie chciała nastać by miksturę użyć stała sobie parę tygodni w stodole przykryta snopkami.


Pierwsze przymrozki i śnieżek pora ją  wywieźć w upatrzone miejsce. Gdy ładowałem to na wózek ciągniony siłom mięśni pojawił się Garus. A co to masz - zdałem mu rzeczową relację o miksturze i recepturze z pisma łowieckiego. Do dziś pamiętam ten jego filuterny uśmieszek – odkręćmy. No to odkręćmy – po ruszeniu wieka nastąpił jego wystrzał jedynie dobrze, że nic nam się nie stało.


Garus znużył palce w mojej miksturze na nęcenie dzików. Polizał i już było jasne. Kolejne cztery wieczory u niego w magazynie na instalacji ze szkła, z 50 litrów bim berku - że palce lizać się utoczyło. A co do fuzli tych po zacierowych, ogłoszę - nie ma lepszego zapachu nęcącego na dziki. Że społeczeństwo obywatelskie tego czasu komuniści rozpijali to i widocznie na zwierza ta przypadłość padła.


Kolejne próby pomysłów dźwiękowych to pojawienie się radiomagnetofonu na baterie przenośnego marki Kasprzak. Nie dawało mi nadal spokoju - jak można dźwiękowo wabić byka to i odyńca. Rozbuchana młodzieńcza fantazja postanowiła dokonać nagranie studyjne kwiku chlewnego tuż przed karmieniem świń. Gospodarz był więcej niż zdziwiony jak tym lochom kwiczącym i chrumkającym a następnie chłepczący żarcie podstawiałem mikrofon. W domu dokonałem profesjonalnego przegrania na szpulowy Z.K. 120. I całe nagranie powrotnie przekopiowałem na przenośny i miałem już wiele minut kwiku chrumkać i mlaskań.


Pierwsze próby na samej  wysiadce zakończyły się fiaskiem. To o zmierzchu 50 m od ambony pod krzak w rowie włączyłem magnetofon i na wysiadkę. Czekam, co się będzie działo. No i za pierwszym podejściem już się działo. Sympatyczny, co i upierdliwy leśniczy kolega mojego taty Julian. I co ja widzę - skrada się nad ścianą lasu. W pierwszym odruchu chciałem natychmiast zejść z ambony i mu wszystko wyjaśnić. Ale gdy odbił od ściany lasu - bo małą łączkę miał do przejścia. Gdy Julian na czworaka w tych trawach się czołga, co trochę znad traw głowę wystawia lornetkę do oczu przykłada i jak Apacz do stada bizonów się skrada. To mnie dosłownie ze strachu, co będzie wcisnęło w tą moją ambonę.


Gdy już prawie lufą wjechał pod ten krzak z magnetofonem a ja odezwałem się z ambony usłyszałem. Cytuję; ‘’ tfffffu – to... rwa znowu ty Adam w ...ja lecisz’’’. Obrócił się na pięcie i poszedł.

Gdy wróciłem na leśniczówkę ojciec już wszystko wiedział, bo mu Julek zadzwonił. Widziałem, że tato nie potrafi się powstrzymać ze śmiechu jak mu zdawałem relację z czołgania Juliana. Zachował surowość na twarzy, otrzymałem szlaban na nęciska, – bo się dowiedział o procederze bimbrowniczym i wabienie, czego się da -  dziewczęcego a nie zwierzęcego. Byłem mu wdzięczny, że nie poszerzył zakazów nęcenia i wabienia homo sapiens płci pięknej. Wróciłem natychmiast do tematu, gdy pojawiły się obecne wabiki.  


Z pamiętnika Gucia

Ambona nad rzeką łan kukurydzy wspaniałe miejsce widokowe. Posiedzimy po chrumkamy wabikiem na dziki. Jak w kultowym westernie - ''W Samo Południe''.

Oczywiście Gustaw pod amboną. Co za idealny pies na otoku nie rozrabia. Jedynie chrumkanie go lekko podkręca.

Po trzydziestu minutach jest pojedynek. Kropka na komorę szybko bo już ? Rozrabiaka w akcji drabinę zabierze z sobą - strzelam .

A nie mówiłem że to idealny pies. Karabińczyk wyrwany i'' Meksyk w Ogniu''.


Gucio  będziesz bezrobotny. Tylko pochyla powydzierasz.

Hooch !!!!!!! postawił się kilka razy. Kłapnął , testament

Na tym koniec opowieści z dnia dzisiejszego.

Jako motyw ostatniej fotki - będą uszy .

Do pary dwa dzika i dwa piękne ucha bohaterskiego Gustawa.